BALLADYNA-WITCH & THÉÂTRE DE RÉVOLTE
POLISH PRESS Journalist - BEFORE 2001 / FRANCE: Associate de la SACEM (Société des Auteurs, Compositeurs & Éditeurs de Musique) / Associate of The International Dance Council CID (2011-2012) /
Dancer & choreographe of the POLISH Association of Independent Dancers (2000) / PARIS-Micadanses (2006) /
Hors-la-loi (From 2001 - 2016) / AU-DELÀ-de-la-loi (From 2016)


ARTIST & WARRIOR'S AND THÉÂTRE DE RÉVOLTE'S HISTORIC WEBSITE

 




NIRMAL HRIDAJ - OSTATNI DOM

_____________________________________________________________________________________________________________

REPORTAGE DE KALIGHAT (CALCUTTA)
/RZECZPOSPOLITA, 30.10-1.11.2000/


 



Mała dziewczynka o twarzy dojrzałej kobiety wbiega do pociągu.
Dworzec Howrah. Kalkuta.
I znowu ten sam gest, który tutaj widzi się tak często, że człowiek właściwie powinien się już do niego przyzwyczaić.
Ale jak można się przyzwyczaić?
...Więc ta mała dziewczynka podnosi do góry dwa palce i kieruje je tak, jakby chciała włożyć je do buzi. Wąskie, cieniutkie usta otwierają się lekko, tak jakby dziewczynka nie miała już siły ani na krzyk, ani na ciche słowo. Za to oczy - oczy są otwarte szeroko i mówią wszystko. Bezgłośna, bez żadnego dźwięku, prośba "daj mi jeść", jest najczęściej wypowiadana w tym mieście.
Ludzie schylają się, sięgają po bagaże. Dziecko kuli się nagle i już, już znajduje się na dole, na upstrzonych porozdeptywanym robactwem deskach podłogi wagonu, przypada do nóg podróżnych - jak to się stało, że to małe ciałko znalazło się nagle tuż przy moich stopach? Coś ściska, nie tylko w gardle i w sercu, coś ściska całe ciało. Czy stać tak dłużej, jak nieczuły słup, czy zapomnieć o wszystkim, i zrobić to, co najbardziej chciałoby się zrobić? Klęknąć razem z dzieckiem i mocno przytulić do siebie, przygarnąć na zawsze...?
- One rupee, one rupee, one rupee... - zaczyna powtarzać.
Nie chce przygarnięcia. Wyrywa się, gdy tylko moneta dotknie jej dłoni. Po chwili wraca.
- One rupee, one rupee, one rupee...


***


Wszystko, co możesz zrobić, jest połowiczne. Już wiesz, że jeśli dasz jedną rupię, dziecko będzie trzymać cię jeszcze mocniej, prosząc o pięć, dziesięć, a potem pobiegnie za tobą, łącząc się z gromadami innych i krzycząc: "One rupee, one rupee! ' Pobiegną za tobą kobiety z dziećmi na rękach, tym samym przejmującym gestem wskazując na usta, szybkonodzy starcy i odrzucający na twój widok swe kule kalecy mężczyźni, wyciągający do ciebie ręce i w biegu proszący o datek.
...Będą biegli za tobą całe życie, będą biegli tak długo, aż oddasz im wszystko.
Właściwie czemu nie oddać wszystkiego..?


***


Drukowanymi literami nieudolnie Ibrahim Khan wpisuje w moim notatniku adres, pod którym spotykają się kalkuccy wolontariusze.
"Missionaries
mother Nirmala
A. J. C. Bose Road, Calcutta - 16".
Do kalkuckiej misji Matki Teresy bardzo łatwo trafić. Autobusy przewożące podróżnych z Howrah - najuboższej dzielnicy miasta, przez zatłoczony most na drugą stronę brudnej ciemnej jak czekoladowy budyń rzeki Hooghly zatrzymują się w centrum, tuż przy stacji metra. Stąd łatwo już dostać się na długą bogatą Park Street, skręcić we Free School Street i prowadzącą do misji wąską uliczkę Rippon, która - w przeciwieństwie do poprzednich - wieczorami nie iskrzy się światłami neonów ani nie zachęca kosztownymi reklamami do kupna czegokolwiek.
Główna siedziba misji Matki Teresy mieści się po prawej stronie Hooghly, ale siostry można spotkać równie często po przeciwnej stronie rzeki. Tam, gdzie rozciągają się największe slumsy Kalkuty, w dzielnicy Howrah. W Mieście Radości, Anand Nagar. Albo w tłumie przekupniów, pielgrzymów i biedaków, oblegających barwną otoczką świątynię bogini Kali, położoną na południu miasta. Tuż obok znajduje się szpital dla umierających nędzarzy - Nirmal Hridaj.

***


Ogromne kawały drożdżowego ciasta kruszą się w palcach. Niemiłosiernie słodka herbata z mlekiem, taka, jaką lubią Indusi, i krótkie miniaturowe banany, owoce szczęścia na drogę do szpitali i domów dla nędzarzy.
Drewniany stół, ławki i krzesła. Na ścianie chrześcijańskie obrazy i cytaty z hinduskich poematów, zdjęcia Matki Teresy i informacje dla wolontariuszy, przypięte obok lustra. Wysoko, na półce z książkami w różnych językach, świecą się litery jedynej polskiej pozycji w tym zbiorze: albumu o papieżu, podarowanego Matce Teresie przez kleryków z warszawskiego seminarium w 1993 roku - "Na spotkanie człowieka".
Matce Nirmali śmiesznie plącze się język, kiedy próbuje wymówić imię kolejnego chętnego do pracy.
- Bj-Bj-Bjorn? - bezradnym wzrokiem patrzy na wszystkich. Wreszcie kąciki jej ust unoszą się, a w oczach pojawiają się błyszczące iskierki. - Z tak trudnym imieniem jeszcze się nie spotkałam - śmieje się matka. Od czasu śmierci swojej charyzmatycznej poprzedniczki zdążyła przyjąć do pracy tysiące wolontariuszy. Niektórzy z nich przebywają tu tak długo, że bliscy piszą do nich listy na adres kalkuckiej misji.
Dorinda, młoda księgowa z Singapuru, nazywana przez przyjaciół "Do-Do", pracuje tu już kilka miesięcy. Jest jedną z wielu, którzy przerwali pracę we własnych krajach z myślą o tym, żeby przyjechać i pracować właśnie tutaj. - Nie pytaj dlaczego - mówi. - To nie ma nic wspólnego z filozofią, ideologią poświęcania się czy z czymś podobnym.
Dorinda ma okrągłą, śmiejącą się twarz o dużych nabrzmiałych ustach. Do tej twarzy nie pasują delikatne ręce, które z równym oddaniem dotykają gładkich policzków przyjaciół jak szorstkich dłoni umierających w szpitalu Nirmal Hridaj.
- Pierwszego dnia jeszcze nie jesteś pewna, jeszcze się zastanawiasz. Czy możesz dotknąć? Czy aby nie powinnaś uważać? Podawać jedzenie i wodę tym, którymi masz się opiekować, a jednak w jakiś sposób trzymać się z daleka, nie dotykać chorych ciał, zaropiałych i umierających - mówi. - Potem już przestajesz się zastanawiać. Zresztą nawet nie ma czasu o tym myśleć.
Kumiki, dwudziestopięcioletnia Japonka, w swoim kraju była nauczycielką angielskiego. Dziś podróżuje po całych Indiach w poszukiwaniu fascynujących zakątków. Jeśli w którymś z nich znajduje się misja Matki Teresy, Kumiki zostaje dłużej. Tak było w Delhi i w Benaresie. Dziś pracuje w kalkuckim åiśhu Bhawan, Domu Dzieci.
- Nie jestem nawet chrześcijanką - śmieje się. - Nie jestem też buddystką ani... właściwie to nie mam swojej religii. Wierzę, że jeden Bóg istnieje dla nas wszystkich. To chyba wystarczy, żeby pojawiać się tutaj? W misji przy ulicy Achandra Jagadish Chandra Bose 78 jest wielu podobnie myślących. Dlatego równie często spotyka się tu Japończyków, Chińczyków czy Afrykańczyków, jak Francuzów, Włochów, Niemców, przybyszy z Ameryki czy Skandynawii. Zwykle zatrzymują się w tanich hotelach i dormitoriach przy uliczce Sudder.
Zavije, wysoki chudy student socjologii z Francji, już od trzech miesięcy mieszka w tanim hotelu Paragon przy Sudder Street. To jego trzecie wakacje, o których może powiedzieć, że spędza je nie tylko dla samego siebie. Wie, że przyjedzie tu znowu - za rok, za dwa i za trzy lata. W to miejsce nie można przecież nie wrócić. Wciąga jak silny narkotyk, jak wir pojawiający się znienacka na spokojnej rzece.
- Może napiszę doktorat o tym wszystkim? - uśmiecha się. Niedbale odgarnia ręką długie włosy. - Zacząłem już nawet opracowywać ankiety dla wolontariuszy.


***


Przy wyjściu z bramy misji znów - jak spod ziemi - wyrasta przede mną wykrzywiona sylwetka dziewczyny o orzechowych oczach. I znowu ten gest, do którego nikt, kto tu przebywa, spaceruje ulicami Kalkuty, mija ubogie herbaciarnie i leżących na ulicy biedaków, nie ma prawa się przyzwyczaić. Dwa palce, które do połowy zagłębiają się w ustach.
Monika nie chce pieniędzy. Jej ręce składają się teraz na piersiach, tak jakby trzymała przy nich drogie zawiniątko. - Niemowlę - mówi cicho, krzywiąc znowu usta. - Potrzebuję mleka, rozumiesz? - ciągnie do najbliższego stoiska i niecierpliwie, z błagalnym spojrzeniem, tłumaczy coś sprzedawcy.
Duże opakowanie mleka w proszku kosztuje 120 rupii. To połowa biletu powrotnego do oddalonego o ponad 1000 km Delhi, tygodniowy pobyt w świętym mieście Benares albo... dwudniowa opłata za nocleg w domu Armii Zbawienia przy Sudder Street, gdzie zatrzymują się wolontariusze Matki Teresy. Mam przy sobie tylko 110 rupii. Dziewczyna denerwuje się, w ogromnych oczach widzę niedowierzanie. Sklepikarz macha ręką przystając na moją cenę.
Dziewczyna ściska teraz przy piersi biało-niebieskie opakowanie mleka. Ale w jej oczach nie ma radości.
- Dokąd teraz idziesz? - pyta. - Chodź ze mną, zaprowadzę cię do miejsca, gdzie będziesz mogła zostawić swoje rzeczy, umyć się i spać - jej palce zaciskają się na moim ramieniu. - Nie chodź nigdzie indziej, słyszysz? Chodź ze mną - w jej głosie pojawia się zdenerwowanie.
- Co jej dałaś? - z boku wyrasta postać starej kobiety o pięknej twarzy, którą bieda i czas naznaczyły szarością. Kobieta ma na sobie białe lekkie sari, które cudownie oplata jej postać, spływając swobodnie z ramion i bioder. Kawałek materiału podtrzymywany w zębach osłania włosy i prawy policzek.
- Nie daj się nigdzie zaprowadzić tej łajzie! - wykrzykuje kobieta. - Kiedy pobędziesz tu dłużej, zrozumiesz, że jest jedną z tych, które chętnie zabrałyby cię z sobą, żeby dostać jeszcze więcej, niż już dałaś.
Ręka Moniki zaciska się coraz mocniej na moim przedramieniu, a ja zastanawiam się, skąd w drobnym kalekim ciele dziewczyny wzięło się tyle siły.
- Czy jej coś dałaś? - znowu głos starej kobiety. - Kupiłaś jej mleko za 110 rupii? Dlaczego to zrobiłaś? Zwariowałaś?! - Teraz i ręka kobiety zaciska się na mojej, tuż obok kurczowo zaciśniętych palców Moniki.
- Chodź ze mną - ciągnie w swoją stronę. - Pokażę ci właściwą drogę.
Monika krzyczy, w jej oczach dostrzegam rozpacz. Obok sklepu z mlekiem błyskawicznie robi się zbiegowisko postaci w kolorowych sari i szaropopielatych przykurzonych lungi. Monika nie odstępuje, próbuje wypowiadać jakieś słowa nieskładnie zbierane w zdania. Odbiega wreszcie. Stara kobieta o pięknej twarzy rozmawia przez chwilę z młodszą, ubraną w wyblakły róż.
- Nazywam się Rosie. Rosie-Danielle - mówi. - 110 rupii to bardzo dużo pieniędzy. Jeśli dałaś tej dziewczynie 110 rupii, dlaczego nie miałabyś dać ich i mnie? - Jej oczy robią się teraz tak samo błyszczące jak wielkie brązowe oczy Moniki.
- Mój mąż i syn nie żyją. Ja też potrzebuję mleka. Mój mały wnuk ma niecałe dwa lata - opowiada swoją historię, wysuszone usta to szepczą, to wydają wysokie dźwięki niebezpiecznie zbliżające się do krzyku. Jej ręka zaciska się coraz bardziej, druga chwyta mnie za zbyt luźno przewiązany pas materiału, druga kobieta szarpie z drugiej strony, nie pozwalając się uwolnić. Lzy spływające po twarzy Rosie-Danielle wypełniają kanaliki wyżłobione w jej twarzy, łączą się z osiadłym na nich brudem i spływają razem. Przypominają już nie łzy, ale brunatne wody Hooghly.
Pierwsza kropla deszczu uderza mocno o asfalt. Za nią druga i trzecia, i czwarta, a potem nie można już rozróżnić poszczególnych uderzeń, wszystko zmienia się w dziką rozszalałą strugę, która bierze w posiadanie całą ulicę. Drobne postacie ludzi rozpierzchają się na boki, usiłując ukryć się pod przeciekającymi dachami sklepów albo w zadymionych jadłodajniach. W niespełna minutę czuję, jak moje ciało staje się wilgotną jednością z plecakiem, podręczną torbą i przylegającą teraz do skóry odzieżą. Dziwne uczucie. Może sama już jestem kroplą deszczu...? Z każdym krokiem stopy zanurzają się w płynącej ulicami brei, aż po kostki.
- Zwariowałaś?! Nie możesz iść dalej - kobiety w białym i różowym sari zwalniają uścisk na mojej ręce. Zostają z tyłu, chroniąc się pod dachem. Znikają w deszczu i mgle, tak samo nagle jak się pojawiły. Rozpływają się razem z zachłannymi kroplami, szybko i nieoczekiwanie jak monsun. Tak szybko, iż można by mieć złudzenie, że wcale ich nie było.

***


Atmosfera Kalkuty ma w sobie coś osłabiającego. Może to unosząca się w powietrzu wilgoć utrudniająca oddech, może wszechobecny hałas, na który wkrótce obojętniejesz, może brudna mgła, sprawiająca, że niczego nie widzi się dokładnie? A może sprawia to obecność śmiercionośnej bogini Kali?
Kalighat, twierdza Czarnej Kali. Najczęściej odwiedzana świątynia w Kalkucie. Jej kopułę napęczniałą od próśb i błagań porównuje się w książkach do kwiatu odwracającego swój kielich ku słońcu. Wyrasta niespodziewanie w zatłoczonej wąskiej uliczce na południu miasta. Wśród straganów, na których kupcy usiłują sprzedawać kolorowe bransolety na nogi i ręce, metalowe pierścionki, kawałki materiałów na sari, płatki kwiatów, ochlapane farbami w ostrych barwach figurki bogini, pozamykane w pordzewiałych klatkach ptaki, wśród jadłodajni, z których wydostaje się świdrujący, odrzucający zapach masali i daalu. W żadnym innym indyjskim mieście nie uderza tak bardzo ta ohydna woń ostrej papki przemieszana z mocnym odorem czosnku i starego tłuszczu, nie do zniesienia i nie do opisania.
Znad świątyni unosi się swąd spalanych ciał, otulony kojącym zapachem trociczek i płatków kwiatów składanych w ofierze Kali. W uszy łaskoczą dźwięki tabli, bębenków i delikatnych dzwonków.
Szpital dla umierających Nirmal Hridaj, znajdujący się tuż obok świątyni, to niepozorny podłużny budynek po dawnym schronisku dla hinduskich pielgrzymów. Ostatni dom dla nędzarzy, dla wielu z nich jest pierwszym domem, jaki zdarzyło im się kiedykolwiek posiadać. Przed 40 laty, w czasie, kiedy nikt nie słyszał jeszcze o Umieralni Czystego Serca, biedacy przychodzili właśnie tutaj, by umrzeć na ulicy w pobliżu Kali Temple, złożyć ciało w ręce okrutnej boginki, a może nawet dostąpić łaski spalenia na stosie w świątyni... Dziś umierający w Nirmal Hridaj składają swe ciała i dusze - wedle swej wiary - w ręce Boga, Allaha lub Kali.

***


Kilkadziesiąt łóżek ustawionych ciasno, posłanie przy posłaniu. Kilkadziesiąt kobiet, zjawisk nie z tego świata, nie wyglądających już jak kobiety. Dopiero tu człowiek zaczyna rozumieć sens słów, że kiedy umierasz, na świecie robi się miejsce dla kogoś innego.
Automatycznym ruchem biorę jeden z metalowych, srebrzących się talerzy. Na pierwszym łóżku ktoś mały i drobny, twarz wielkości twarzy dziecka ma wygląd starczy, a przecież jest twarzą kobiety. Drżą ręce, kiedy usiłuję umieścić w jej ustach kawałek miękkiego banana. Ona też drży cała, gdy dziwnie odstającymi i ledwie trzymającymi się w dziąsłach zębami próbuje pomóc mi w tej czynności. Prażony ryż sypie się na pościel.

***


Kiedy przyszedłem tutaj pierwszy raz, powiedziałem sobie: "O, nie, nie, nie... " - zdecydowanie akcentując kolejne słowa wspomina Nicholas Oguta Kangare. - Ci ludzie wyglądali przecież jak duchy. Jak zjawy, jak widma. Myślałem, że tego nie zniosę.
Nicholas jest Kenijczykiem. Przed dziewięciu laty pojawił się w Indiach i zaczął studiować zarządzanie. Kilka lat w Delhi, kilka w Radżastanie... Młody mężczyzna o ciemnej, niemal czarnej twarzy i skręcających się w drobne loki włosach, ma nieustający zapał do pracy. Ma też pokój w ośrodku przy uniwersytecie, kilku znajomych poznanych w umieralni... i brak swojego miejsca w życiu.
- Muszę wrócić kiedyś do Kenii - mówi. - Wiesz, przyjechałem tu, mając nadzieję, że uda mi się wejść głębiej w to wszystko. Przebywając tak długo w jakimkolwiek innym miejscu ma ziemi, dawno już pewnie bym się zakochał, ożenił, mógłbym założyć rodzinę... A tutaj przez dziesięć lat nie znalazłem żadnej dziewczyny, z którą chciałbym przebywać dłużej. Tu wszystko odbywa się na widoku, publicznie. Matki wiedzą wszystko o swoich córkach, a małżeństwo jest biznesem. Miłość - chyba nie istnieje, a jeśli nawet, to trzeba być naprawdę szczęściarzem... - zamyśla się. Czarna skóra na policzkach marszczy się w smutnym uśmiechu.
Od trzech lat Nicholas próbuje znaleźć swoje miejsce wśród ludzi pracujących w misji matki Teresy. - Ona umarła, ale wszystko odbywa się tak, jak odbywało się kiedyś - mówi. - Nic się nie zmieniło.

***


Dwie nagie piszczele obciągnięte pomarszczoną skórą. Mała główka, ostrzyżone króciutko włosy, rany gojące się na czaszce. Półprzymknięte oczy. Twarz ma cały czas ten sam wyraz-bez-wyrazu, bo kobieta przestała już mieć siłę na wyrażanie czegokolwiek słabymi mięśniami twarzy. Pozostaje ona nieruchoma tak samo, jak całe ciało, gdy usiłuję ją nakarmić. Dotykam skóry, jest cienka, bibulasta, a przebiegające po niej zmarszczki są jak nitki pajęczyny. Pokonuję lęk, że ta pajęcza materia porwie się pod lekkim dotykiem moich palców.
- Ostrożnie. Ostrożnie z nią - siostra Grace-Jones, Induska o twarzy zastygłej w wyrazie, który ludzie nazywają naiwnym, a który tak naprawdę jest wyrazem dziecięcej ufności, podnosi głowę kobiety, poprawia poduszkę i opiera ją o tył łóżka. Pół siedząc, umierająca usiłuje przełykać rozdrobnione w mleku i wodzie kawałki herbatników. Po 20 minutach w kubku znajduje się niewiele mniej tego, co na początku karmienia.
- Zjadła? - siostra ma nadzieję, że pokiwam głową przytakując. - Nie? To nic, mamy czas. Dużo czasu...
Kobieta nie chce otwierać ust. Półpłynne pożywienie dostaje się między zęby i odstającą dolną wargę. Znowu kropla przelewa się z ust na szyję. Kobieta kręci powoli głową. Chcę odstawić kubek, ale nagle to wycieńczone, nie mające, jak się wydawało, siły na jakąkolwiek reakcję ciało, reaguje. Kobieta podnosi rękę i łapie moją. Kaleką dłonią z odciętym do połowy jednym palcem głaszcze mnie po ręce. Mocno ściska i pokazuje na głowę. Przyciska moją rękę do swoich włosów, spod których prześwieca poraniona skóra. Moja dłoń przesuwa się po jej twarzy. A ona trzyma ją i przyciska coraz bardziej, mocniej i mocniej.

***


W tłumie wolontariuszy można z łatwością rozróżnić, kto jest tu pierwszy raz, a kto pracuje od wielu dni, tygodni, miesięcy. Czy od lat, jak Nicholas Kangare.
- Możesz myśleć, że już się przyzwyczaiłaś. Możesz nie czuć, jak bardzo gdzieś to w tobie pozostanie. Nawet, jeśli będziesz tu tylko chwilę. To oddziała na całą ciebie, na twoją duszę i ciało. I nic już nie będzie takie, jak przedtem - Kenijczyk patrzy poważnie, pod jego oczami nie ma już zmarszczek pogodnego uśmiechu i wyrazu zgody na wszystko.
U niektórych osób szok z pierwszego dnia może ustąpić miejsca mechanicznemu wykonywaniu czynności. To tylko etap, obrona organizmu przed okropnością, którą widzą oczy.
- Ale dopiero, kiedy już wszystko wokół przestanie cię przerażać, możesz naprawdę tu być i wypełniać swoje zadanie. Zaczynasz spostrzegać, że niektórzy z tych kobiet i mężczyzn to nie tylko cienie, że niektórzy potrafią jeszcze pożartować lub pośmiać się... - Nicholas zawiesza głos na chwilę. - I że bardzo potrzebują twojego uśmiechu. Bardziej niż czegokolwiek innego. Tym, którzy tu są, niepotrzebne jest twoje przerażenie.
Po jakimś czasie możesz się znowu uśmiechać - do nich. Zaczynasz mieć nawet ochotę odpowiadać na ich żarty. Ale by dojść do tego punktu, musisz pobyć tu dłużej. Przyzwyczaić oczy, przyzwyczaić serce. I codziennie przychodzić tu z tym samym pytaniem. Której z nich dziś już nie będzie? Które łóżko będzie puste?

***


Osłabiająca woń środka odkażającego i mydlanej wody. Zielone i biało-niebieskie koszule pozwijane w grube węzły trafiają do wody w kolejnej wannie. W kilku pierwszych przegrodach z wodą trzeba je solidnie wydeptać, uważając, czy nie ma się jakiegoś skaleczenia na nogach. Potem odzież trafia do kolejnych przegród.
Grupa wolontariuszy obiera warzywa. Niedojrzałe, twarde banany, które obłuskuje się tnąc je jak ziemniaki, barwią ręce na czarno. Przy przegrodach z wodą do prania Amerykanin William bawi wszystkich nową rytmiczną piosenką. Ci, którzy widzą go po raz pierwszy, są przekonani, że mają do czynienia z przybyszem z jednego z krajów Orientu. Rzeczywiście pochodzi z Chin. Wesoła twarz o dalekowschodnich rysach marszczy się w kącikach ust. William uśmiecha się do dwóch młodych Japończyków, którzy skaczą pociesznie, podśpiewując razem jakąś skoczną melodię. Pomieszczenie, w którym odbywa się pranie, obieranie warzyw na obiad i mycie naczyń, oddziela od sal umierających krótkie przejście, przesłonięte grubą zasłoną.
Zza kotary oddzielającej oba pomieszczenia słychać nagle rozdzierający krzyk, jak krzyk dzikiego zwierzęcia. A potem już tylko jęk. To rany - szepcze Dorinda. - Siostry zaczęły opatrywać im rany.

***


Twarz widma, oczy widma, chude ręce będące właściwie tylko kośćmi z obciągniętą na nich skórą. Tkanina koszuli luźno zwieszająca się z pochyłych, chudych ramion, zwisająca z żeber, kiedyś podtrzymujących nieistniejące dziś piersi. Czy to kobieta, czy mężczyzna?
Widmo.
Spod koszuli, która rozpięła się przy udach, widać puste miejsce w kroczu. I pomarszczoną, czarną skórę ochraniającą piszczele. Żadnego oddechu.
- Słyszycie mnie? Ona umarła, umarła, czy ktoś mnie słyszy?!
Jakiś głos odpowiada, że to nieprawda. - Nakarm ją - mówi jeszcze.
Kobieta ma może 50 lat. Wiem, że równie dobrze może mieć 20 lub 30. Wygląda na sto, wygląda, jakby dawno już nie żyła.
Kim b y ł a ś? Jak długo leżałaś na ulicy, na przystanku, na bazarze, zanim cię znaleziono? I jak wiele zła ci wyrządzono? Gdybyś urodziła się gdzie indziej, mogłabyś żyć jak ja, mogłabyś cieszyć się tańcem, śpiewać, całować usta kochanego człowieka...
Usta kobiety opadają bezwładnie, rzęsy na powiekach posklejały się potem - a może łzami?

***


Rana między biodrem a pośladkiem ma kształt ogromnego koła. Kobieta, przewrócona teraz na prawy bok, ma zamiast pośladków tylko kości. Pośrodku - w miejscu zakończenia kości ogonowej - zaklejone plastrem i opatrzone bandażami miejsce. Wygląda tak źle, że kiedy próbuje się na nią patrzeć, przed oczami robi się ciemno. W wilgotnym i gorącym klimacie ciało staje się nawodnione, niewysychające. Skóra robi się inna, wilgotna, a kiedy przebiegasz po niej ręką, czujesz obecność czegoś śliskiego i lepkiego jak błoto. Rany najczęściej robią się tam, gdzie cieniutka jak mgła skóra styka się z kośćmi. Na biodrach, łokciach, pośladkach... Goją się bardzo wolno, a zwykłe skaleczenie często zmienia się w ropiejący wrzód. Kiedy godzinami leżysz na ulicy, każde otarcie staje się pożywką dla dziesiątek spragnionych twojej krwi much, które obsiadają je i przegryzają skórę w nowych miejscach, a skaleczenie powiększa się i powiększa.
Na jednym z wąskich łóżek przykrytych plastikowymi, zielonymi materacami, siedzi kobieta-dziecko. Ma ogoloną głowę jak reszta, i drobną twarzyczkę z ogromnymi jak płonące węgle oczami. Jest młoda. I mimo stanu, w jakim się znajduje, jest piękna.
- Sister, too much plastic on my bed! Znowu too much plastic, zabierzcie to z mojego łóżka. Nie znosi zielonych, twardych materacy z plastiku. Ton jej głosu wskazuje, że pewnie kiedyś kierowała całym podwórkiem. Dziś drobna, bezbronna figurka siedzi prosto, z podniesioną dumnie głową.
Kobieta nie chce oderwać rąk zaciśniętych na krawędzi łóżka. Siostra Grace-Jones mówi coś w języku bengalskim. Kobieta wstaje. Prowadzona teraz, powoli, idzie zdecydowanie, ale każdy jej krok jest drżący i delikatny. To jak poruszanie się suchego liścia, popychanego po chodniku przez wiatr. Z każdym krokiem kurczy ramiona, jakby łkała. Po chwili mocno chwyta mnie za ramię.
Za cienkim przepierzeniem Singapurka Dorinda i Kanadyjka Cecily kąpią pacjentki. Trzeba je rozebrać i posadzić na grubym murze wanny. Czarne, wychudzone postaci o pomarszczonej skórze są tak maleńkie, że giną w białej obfitości mydlanej piany. Ciała - delikatne płatki - poddają się rękom Cecily. Duże dłonie Dorindy są delikatne i miękkie.

***


Łóżko mojej umierającej jest dziś puste. Pokraczna figurka Kali o popielatej twarzy i pustym wzroku, wymalowana w odpustowe kolory, uśmiecha się zwycięsko. - Kalkuta zawsze będzie należeć do Kali - przypominam sobie słowa Rahiwa, samozwańczego kapłana, który pierwszego dnia wprowadził mnie do świątyni.
Poranne słońce oświetla autobusy, wskakujących i wyskakujących z nich w biegu ludzi, riksze, twarze pieszych na moście Howrah i policzki kwiaciarzy sprzedających ofiarne płatki jaśminu i lilii. Błoto tuż przy rzece obejmuje stopy aż po kostki. Barw kwiatów nie da się opisać. Słychać pokrzykiwania i śmiech. W lustrze zawieszonym przy koczowisku pod mostem przegląda się półnagi młody mężczyzna. Znowu czyjś śmiech.
To miasto chorób, śmierci i najbardziej rozpaczliwej walki o życie. Miasto nędzy i bogactwa. Miasto miłości i najbardziej dojmującego jej braku. Na każdym straganie, na każdym stoisku z książkami, leżą angielskojęzyczne i francuskie wydania "Miasta Radości" Dominique'a Lapierre'a. Można by uwierzyć, że Kalkuta jest miastem radości, gdyby nie puste łóżko w szpitalu Nirmal Hridaj. Gdyby nie pamięć o nerwowym głosie Moniki i jej orzechowych oczach, gdyby nie obecność Rosie-Danielle i jej towarzyszki w wyblakłym, różowym sari, gdyby nie setki i tysiące ludzi, jak konie zaprzęgniętych do drewnianych wozów. Gdyby nie ssące pierś matki niemowlę pod zamkniętymi drzwiami z tabliczką: "Tylko dla członków klubu Bengalczyków".

***


...ale to tylko jedna strona medalu. Ludzie, którzy znają te miejsca tylko z opowiadań, czasem boją się tu przyjeżdżać. Boją się przerażającej biedy, nędzy w slumsach, widoku żebraków, kalek na ulicach i wszechobecnej śmierci.
Zawsze można uciekać albo stawić czoło swojemu strachowi.
Jeśli wybierzesz to drugie, już nigdy nie będziesz mógł pozostać obojętny.
Latwo jest uciekać. Ale czy można wybrać ucieczkę, wiedząc, że coś istnieje? Tak naprawdę przecież nie da się uciec. I - czy chcę uciekać?
Jeśli przeraża cię bieda, jeśli to z nią nie potrafisz sobie poradzić, jeśli posiadanie tego, tego i jeszcze czegoś jest dla ciebie warunkiem szczęścia, nie jedź do Kalkuty. Ale jeśli przeraża cię zimno, obojętność i to, że ludzie nie potrafią się już cieszyć najprostszymi rzeczami, że potrzebne im więcej, więcej i coraz więcej rzeczy, jeśli myślisz, że drugi człowiek znalazł się obok być może właśnie po to, by można było dla niego coś zrobić - możesz spróbować pracy w Mieście Radości. Być może nauczysz się nie posiadać niczego. Być tym szczęśliwszy, im mniej rzeczy posiadasz. Być może nauczysz się, że rzeczy są tak naprawdę przeszkodą do szczęścia. A potem będzie ci bardzo trudno powrócić do chłodnego świata, z którego pochodzisz. W którym nikt nie siada na chodnikach, w pyle i kurzu, łuskając orzechy kupione od ulicznego handlarza, w którym nie grozi ci malaria, a twoimi ranami zajmują się specjaliści, nie dając im się powiększać, w którym nieszczęścia ukrywają się w czterech ścianach i jeżdżą luksusowymi samochodami.
Po powrocie nie będziesz mógł zrozumieć ludzi, którzy - nie tak chorzy, nie tak głodni, nie tak sponiewierani, jak kalkuckie kobiety, mężczyźni i dzieci - są pełni wyrzutów do świata i potrafią czuć się przegranymi z powodu braku obiecanej podwyżki. Będziesz sobie zadawać pytania: Dlaczego tam, gdzie nędza i nieszczęście są największe, ludzie potrafią odczuwać radość i cieszyć się każdym kwiatem, kolorem, nadzieją?


***


"Jeśli masz dwa kawałki chleba
Jeden daj biednym
Drugi sprzedaj
I kup hiacynty
Aby nakarmić własną duszę".
(Fragment Poematu
Hinduskiego)

__________________________


/"NIRMAL HRIDAJ - OSTATNI DOM"
TEXTE: BALLADYNA
PHOTOGRAPHIES DE LUKASZ TRZCINSKI
/RZECZPOSPOLITA, 30.10-1.11.2000//.